
GRZEGORZ KAŹMIERCZAK Rozmawia z Piotrem Welcem 19.01.10 NIE STARAM SIĘ BYĆ MŁODSZY NIŻ JESTEM. CZASAMI OBUDZI SIĘ JAKIŚ KOLEGA NA KONCERCIE I KRZYCZY „OOO BYDGOSZCZ!!!”. MOI RÓWIEŚNICY ODCHODZĄ OD MUZYKI, ROBIĄ INNE RZECZY. ŻYCIE TAK ICH WCIĄGA, ŻE WRAŻLIWOŚĆ NA TĄ FORMĘ SZTUKI ODKŁADANA JEST GDZIEŚ NA PÓŁECZKĘ... Zdjęcia: Wojtek Rudzki

Zazwyczaj staram się być nieobecny, co zresztą wcale nie jest takie trudne: słuchać jak pięknie i mądrze mówią ludzie, których prace śledzę i podziwiam od lat. Tym razem jednak „klaszczę w dłonie” i proszę o chwile uwagi: spotkania po latach nie musza być bolesną konfrontacją z idolami młodości. Czarny singiel z piosenką Variete „I znowu ktoś przestawił kamienie” został zdarty do krwi ostatniej, a od 1985 roku doczekał się w mojej głowie setek odtworzeń i interpretacji. Pamiętam jak po raz pierwszy rozmawiałem z Grzegorzem, po ich wrocławskim koncercie w Piwnicy Świdnickiej, jak włóczyliśmy się nad Odrą po nocy, paląc papierosy i gadając w noc nad sensem życia. Ja sparaliżowany rangą sytuacji, on ponury i pozamykany. Młodzież licealna na spotkaniu z jarocińskim idolem. To było 23 lata temu. Dziś, na parę tygodni przed ich warszawskim koncertem siedzimy zrelaksowani, cudownie pomarszczeni, w małej i zadymionej kafejce, pochylamy się nad piwem i ciepłą wódką. Zapraszam do naszego stolika, na spotkanie z Grzegorzem Kaźmierczakiem. Ludzie się jednak pięknie zmieniają. Piotr Welc: Słucham jak śpiewasz swoje wiersze i muszę powiedzieć, że nie nazwałbym tego poezją śpiewaną. Bo nie jestem zażenowany. A czy ty sam siebie lubisz czytać i słuchać? Grzegorz Kaźmierczak: Lubię siebie słuchać, ale tylko wtedy, kiedy powstaje nowa piosenka Jestem wtedy ciekaw, czy udało mi się gdzieś dotrzeć, czy jestem ten kawałek dalej, ale im większy jest odstęp czasowy od tego momentu, zainteresowanie stopniowo gaśnie. P.W.: Traktujesz to, co robisz, jako ilustrację muzyczną do swoich wierszy? G.K.: Jako zupełnie odrębną formę. Gdybym powiedział, że muzyka, którą robimy, jest ilustracją do moich wierszy, to bym ją dyskredytował. To całość. Jedno drugie wzajemnie napędza. Jeżeli muzyka nie podkręca przekazu i odwrotnie, jeżeli tekst nie koresponduje z muzyką, to jest to słaba piosenka. Dobra piosenka to symbioza muzyki z tekstem. P.W.: Mam wrażenie, że to estetyka, gdzie mówi się jak najwięcej mówiąc jak najmniej. To dotyczy zarówno muzyki, którą gracie przez ostatnie 20 lat jak i tego, co piszesz. Jest jakaś kafkowska suchość i oszczędność w tych słowach. G.K.: Trzymam się zasady rygoryzmu intelektualnego. Czekam i prowokuję momenty afirmacji i olśnień, i staram się im oddać w pełni podczas pisania, ale kiedy redaguję tekst, kiedy przychodzi ten moment, staram się nie mnożyć niepotrzebnie bytów.

P.W.: Czasami, kiedy czytam i słucham tego, co piszesz, mam wrażenie, że boisz się, że w pewnym momencie skończy się zasób słów i że za bardzo się odsłonisz. Wiele emocji próbujesz ukryć. Zajmujesz się właściwie jednym tematem, ten temat to ty. G.K.:Nie wiem, czego potrzeba wszystkim ludziom, ale wiem, czego potrzeba mnie, żeby móc iść dalej. Na pewno potrzeba wyzwań, które trzeba przed sobą stawiać i realizować. To jest jeden z tych motorów, które powodują, że się nie grzęźnie w sobie. P.W.: Lubisz siebie jako człowieka? G.K.: Należę do typu ludzi, którzy mają cztery razy dziennie depresję, którą muszą za pomocą myśli i wszelkich dostępnych metod intelektualnych pokonywać. Miewam też - niestety rzadziej - chwilę uniesień. A mój stosunek do siebie jest uzależniony w dużej mierze od fazy, w której właśnie jestem. Oczywiście wkładam wiele wysiłku żeby je wzajemnie równoważyć. P.W.: Jednak odnoszę wrażenie, że większość twoich tekstów jest mroczna i ... G.K.: Nie zgadzam się z tobą. Myślę, że wiele z tego, co napisałem, to nie są teksty, które zatrzaskują drzwi i mówią „koniec”. Są to rzeczy, które mają i otwierają przestrzeń. Zdarza mi się - wiadomo - dać omotać ciemnym duchom: jest tak i tak, i koniec, nie ma wyjścia, bo taki jest nasz los, bo taki jest nasz kraj, nic się nie da zrobić, jesteśmy zdeterminowani, dajmy się ponieść tej pięknej tragedii i tak dalej. Staram się jednak temu nie dawać. G.K.: Jeśli przyjmiesz założenie, że sensem życia jest poznanie siebie, to mówienie o tym, że jedynym tematem zawsze jestem ja, jest uzasadnione. Natomiast tak naprawdę nie chodzi o „ja” tylko o to, co przez eksplorację siebie można powiedzieć o świecie. Nie chodzi przecież o mnie, chyba że o mnie jako część tej wielkiej całości. P.W.: Masz dobre zdanie o człowieku, czy też uważasz, że dzieje się z nim coś złego? G.K: Jest to jedno z tych niebezpiecznych pytań, na które właściwie nie ma odpowiedzi. Zawsze można odpowiedzieć w dwójnasób, poruszając się na tak dużym poziomie abstrakcji, że albo człowiek w zasadzie jest dobry albo że w zasadzie jest zły. Jeśli jednak musiałbym odpowiedzieć jednym słowem to myślę, że jestem po jasnej stronie mocy. P.W.: Ostatni raz widzieliśmy się 20 lat temu, miałem wtedy wrażenie, że jesteś smutny i pozamykany, a teraz spotykam mężczyznę bardzo świadomego i ciepłego. P.W.: Czy temat estetyki smutku został już wyeksploatowany w Variete? G.K.: Temat smutku jest po pierwsze uwarunkowany wiekiem. Kiedy ma się 20 lat, podświadomie zdaje się sobie sprawę z niepełnego funkcjonowania w życiu, w społeczeństwie i zbiera się wiele negatywnej energii, niedopasowania. Wylewasz to. Poza tym odcień świata 20 lat temu był zupełnie inny od tego teraz.

P.W.: A samo zmaganie się z rzeczywistością, płacenie rachunków itp.? G.K.: Trzeba to robić, ale jednocześnie jak najmniej angażować siebie w ten pragmatyzm życiowy. P.W.: Jesteś bardziej tu i teraz, czy też potrafisz patrzeć na siebie, gdzie chciałbyś być za 5, 10 lat? G.K.: Zawsze staram się być przede wszystkim tu i teraz. Bo nic innego nie ma. P.W.: A co z fundamentem, który udało ci się przez ostatnich kilkanaście lat zbudować? G.K.: Na fundamencie żadnego dobrego wiersza nie napiszesz. Wiadomo, że ma się świadomość narodową, osobistą, narastające z latami doświadczenie lat, miejsc, sytuacji. Wiadomo, że to kształtuje, ale myślę, że sztuką jest umiejętność umieszczenia się w punkcie zero. Zaczynania jeszcze raz od nowa i od nowa. G.K.: Ale momenty koncertów, nagrywania nowych piosenek w dwójnasób to rekompensują. To są chwile pełni, spełnienia. Kiedy napiszę nowy dobry tekst, nową fajną piosenkę, wiem, że jestem kawałek dalej. Myślę, że to jest ten walor - one cię stwarzają, poszerzają twoją przestrzeń. P.W.: Pracujesz w show biznesie. Ta praca kojarzy mi się z wiecznym czekaniem, albo na próbę, albo na koncert. Człowiek przemieszcza się i czeka na przykład na samolot. Dużo czasu się marnuje zanim dojdzie się do momentu, na który się czeka. P.W.: Obchodzi cię to, co się dzieje na zewnątrz, w naszym kraju, w Europie, na świecie? G.K.: Nie jest możliwe absolutne zamknięcie się w wieży z kości słoniowej. P.W.: Dlaczego nie? Może artysta powinien być wolny i nie mieć żadnych obowiązków? G.K.: Trzeba jeszcze znaleźć kogoś, kto będzie na tą wolność płacił (śmiech). P.W.: A czy próbujesz angażować się w takie przyziemne rzeczy jak chodzenie na wybory? Uczestniczysz w życiu obywatelskim, czy też uważasz, że to jest nieestetyczne? G.K.: Po raz pierwszy z pełną świadomością byłem na wyborach, kiedy były wybory Kaczyński kontra Tusk. Pierwszy raz w życiu głosowałem na Tuska. P.W.: Jest teoria, że Platforma rządzi nie dlatego, że jest taka dobra, tylko dlatego, żeby nie rządził PiS. Teraz wszystko się ustabilizowało i mamy rok, w którym znowu będziemy podejmować decyzje. G.K.: Z dużym dystansem podchodzę do spraw politycznych. Jest jednak pewien wewnętrzny opór, pokutuje pewnego rodzaju niewiara, brak zaufania do elit politycznych.

G.K.: Czas na pewno szybciej płynie. Myślę jednak, że wszystko jest w głowie. P.W.: Nie masz żalu, że czas ucieka między palcami? Jesteśmy po 40stce i inaczej zaczynamy patrzeć na czas. P.W.: Nie myślisz o tym, że są rzeczy, z którymi zacznie ci się w pewnym momencie spieszyć? G.K.: Jak nie teraz to w następnym życiu. P.W.: Myślisz, że dostaniemy szansę? G.K.: Tak. P.W.: Wspomniałeś, że artysta potrzebuje poczucia wolności. A czy postawiłbyś na tej samej skali coś równie abstrakcyjnego jak miłość? G.K.: Wszyscy, którzy chodzimy po ziemi, jesteśmy owocem miłości, w związku z czym pytanie jest zupełnie bezpodstawne. P.W.: Mógłbym to strywializować i powiedzieć, że jesteśmy owocami miłości fizycznej, ale przecież potrzebujemy również paliwa metafizycznego. G.K.: Co to za życie bez miłości? P.W.: Nadal lubisz się zakochiwać, nawet ze świadomością, że może to być zderzenie z ciężarówką? G.K.: Jestem od wielu lat z tą samą kobietą, od 14 lat jesteśmy małżeństwem. Moja żona jest moim najlepszym przyjacielem. Nowe zakochiwanie się musiałbym więc wziąć w cudzysłów.

P.W.: A tobie udało się odnaleźć balans. G.K.: Wydaje mi się, że szukanie tego balansu trwa, jest też polską charakterystyką, bo jego tak naprawdę nie ma. W Polsce to trudna sztuka cały czas móc uprawiać muzykę a jednocześnie być spokojnym o byt. To specyfika krajów, które są na dorobku. P.W.: Nie ma pomysłu, żeby Variete trwało, póki osiągnie jakiś cel muzyczny? G.K.: Cel muzyczny jest taki, żeby za każdym razem nagrać jak najbardziej autentyczną płytę. Oczywiście marzeniem wielu artystów jest móc funkcjonować pod względem finansowym tylko z tego, co się robi. Myślę, że jeżeli czujesz się artystą, to żadna inna praca tak naprawdę nie daje satysfakcji. P.W.: Czy przygotowujecie coś specjalnego na koncert, który będzie niedługo w Teatrze na Woli? G.K.: Jest to o tyle niezwykły koncert, że zagramy z zupełnie nowym muzykiem, z Pawłem Rychert z Pchełek. P.W.: Będzie to suma Variete czy prezentacja nowej odsłony zespołu? Momentów, które spajają ludzi, jest wiele. Natomiast przejście z miłości w przyjaźń jest bardzo naturalne. Nie wyobrażam sobie być przez kilkanaście lat z kobietą, z którą nie mógłbym być tak blisko jak z przyjacielem. Mam to szczęście, że się nam udaje. Poza tym moja żona jest też artystką, malarką, rozmawiamy o sztuce, to jest płaszczyzna, na której się porozumiewamy. Nie musimy sobie niczego tłumaczyć, ja wiem, jaką ona ma wrażliwość i co lubi, ona wie to samo o mnie. Rozmawiamy o płytach, obrazach itd. P.W.: Od tylu lat jesteś artystą, były momenty, kiedy o Variete było bardzo głośno, zetknąłeś się z narkotykiem, jakim jest sława? G.K.: Kiedy byłem młodym człowiekiem, miałem dwadzieścia parę lat, nie za bardzo miałem świadomość, czy to będzie trwało i co z tym zrobić. To była po prostu przepiękna przygoda młodości. Przez 5 czy 6 lat mieliśmy prawie codziennie próby i żaden z nas nigdzie nie pracował. Jakby wszystko kręciło się wokół muzyki. P.W.: Wiele osób po tym, jak traci komfort, że można się utrzymać z tego, co kocha, rzuca to, albo ma poczucie przegranej, a u ciebie widzę pozytywną afirmację. G.K.: Kiedy pojawia się dorosłe życie, mija pierwsza sława, trzeba wiedzieć, ile jest się w stanie zarobić, aby utrzymać rodzinę. To jest moment, kiedy wiele zespołów się rozpada, kiedy wielu ludzi decyduje się robić coś, co jest bardziej merkantylnie uzasadnione. G.K.: Jesteśmy w momencie nagrywania nowej płyty, ale podczas koncertu większość utworów będzie z dwóch ostatnich płyt, które zrobiliśmy razem z Pawłem. Musimy teraz na nowo przekomponować sposób grania, wiele lat graliśmy w zwykłym rockowym składzie: bębny, bas, gitara, wokal, klawisze. To jest inny świat od grania z dwoma parami komputerów, klawiszami, gitarą i wokalem. O zupełnie innego rodzaju

G.K.: Jestem w pewien sposób warszawsko uwarunkowany, bo mój ojciec jest warszawiakiem. Pierwszą Coca-colę, którą w życiu wypiłem, kupiłem w hali Mirowskiej. Mieszkała tutaj moja ciotka i tutaj przyjeżdżałem co roku na wakacje, więc Warszawa zawsze jawiła mi się jako kraina magiczna. P.W.: A jaki to jest magizm? Realistyczny? G.K.: Lubię rozedrganie Warszawy. Takie „nie wiadomo co”, „nie wiadomo kiedy”. Kiedy spotykam się ze znajomymi, przez 15 minut rozmowy 3 razy odbierają komórkę. P.W.: To miasto ma swój zapach albo smak? G.K.: Nie, właśnie nie. To jest miasto, które ma bardzo udrożnione kanały energetyczne. Jest w nim wielki przepływ energii ze wszystkich stron we wszystkie strony. ekspresję chodzi. Natomiast dążymy do tego, żeby elektroniczne urządzenia miały ten sam wyraz i siłę jak granie z żywym bębnem. Elektroniczne urządzenia mają niezwykły dar kreowania przestrzeni, której nie jest w stanie wykreować zespół rockowy. P.W.: Na koncercie w Teatrze na Woli nie będzie cytatów ze starego Variete? G.K.: Będą, zagramy na przykład utwór „Bohater liryczny” z „Wieczoru przy balustradzie” czy „Klaszcząc w dłonie”. P.W.: Grasz dla drugiej jeżeli nie dla trzeciej generacji. G.K.: Czasami tak jest, że obudzi się jakiś kolega na koncercie i krzyczy „OOO Bydgoszcz!!!”. Ale tak naprawdę jeżeli patrzy się na statystyki na stronie MySpace, jakieś 90% osób, które tam wchodzą są w wieku między 18 a 35 lat, a więc już nie pokolenie Jarocina. Tak naprawdę chciałbym grać dla swoich rówieśników. Nie staram się być młodszy niż jestem. Jestem człowiekiem, którym jestem. Moi rówieśnicy odchodzą od muzyki, robią inne rzeczy. Życie tak ich wciąga, że wrażliwość na tą formę sztuki odkładana jest gdzieś na półeczkę. Jesteśmy w Warszawie, które generuje niekończącą się spiralę potrzeb. Chciałbym nagrać płytę, która nazywałaby się „Warszawa”. P.W.: To może być ciekawe, jesteś tutaj od 2 lat i masz w miarę świeże spojrzenie. P.W.: Dalej tak jest? G.K.: W pewnym sensie tak. P.W.: Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Wygraj bilety na koncert Variete, który odbędzie się 30 stycznia
w Teatrze na Woli w Warszawie.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |