Anthony and the Johnsons

Wróć do fineTIME

06.10.10 Tekst: Łukasz Lembas KAŻDA NOWA PŁYTA ANTONY’EGO HEGARTY WRAZ Z KOMPANAMI JEST WYDARZENIEM DUŻEGO KALIBRU.NIE INACZEJ JEST TYM RAZEM, PRZY OKAZJI PREMIERY CZWARTEGO WYDAWNICTWA ZATYTUŁOWANEGO „SWANLIGHTS”. NIE WIEM, CZY KOGOKOLWIEK TO JEDNAK JESZCZE DZISIAJ DZIWI. W KOŃCU HEGARTY, TO BEZ CIENIA PRZESADY JEDEN Z NAJORYGINALNIEJSZYCH GŁOSÓW MUZYKI ROZRYWKOWEJ W OGÓLE! GENIALNY PROWOKATOR, A ZARAZEM MUZYCZNY TRADYCJONALISTA. W TYM PRZYPADKU JEST TO MIESZANKA WYBUCHOWA.


Hegarty nie prowokuje jednak na siłę, raczej droczy się ze społecznymi stereotypami poprzez własną seksualną orientację. Swoją pozycję w z muzycznym światku zawdzięcza kapitalnym, przejmującym płytom i tak też jest w wypadku „Swanlights”. Hegarty trzyma się swojej ascetycznej formuły. W towarzystwie fortepianu i smyków czuje się jak ryba w wodzie, choć zacne towarzystwo Björk też mu nie doskwiera („Fletta”). To zresztą najbardziej elektryzujący fragment płyty. Antony and the Johnsons nie zatrzymali się jednak w brzmieniowym rozwoju. Zespół urozmaica stopniowo swoje intrumentarium. Choćby w tytułowym „Swanlights”, gdzie pojawia się gitara, choć przetworzona, chciałoby się rzecz – specjalnie pod wokalistę. Jest i saksofon, wciśnięty gdzieś klarnet. Nad wszystkim jednak króluje głos Antony’ego Hegarty. Taki, że ani go nie idzie porównać do nikogo innego. Przez to też nikt nie aspiruje do podrabiania go. Mogłoby to wyjść tylko z miernym skutkiem. „Swanlights” to ekspresyjna czysta forma. Tylko słuchać i dumać.

muzyka płyty swanlights