

BATTLES „Gloss Drop”
Tekst: Łukasz Lembas
NOWOJORSKA SUPERGRUPA KONKURENCJI CZMYCHNĘŁA I WYGLĄDA, ŻE DOGONIĆ SIĘ NIE DA. JEŚLI SIĘ JESZCZE Z KIMŚ ŚCIGAJĄ, TO NAJWYŻEJ SAMI ZE SOBĄ. CO PRAWDA, CAŁE RZESZE STARAJĄ SIĘ ICH NAŚLADOWAĆ, ALE „GLOSS DROP” JASNO WSKAZUJE, GDZIE JEST ICH MIEJSCE W SZEREGU. ZE SKŁADU DAŁ NOGĘ NIEJAKI TYONDAI BRAXTON I BATTLES OBECNIE SĄ TERCETEM, ALE WCIĄŻ NIEZIEMSKO EGZOTYCZNYM I ZWYCZAJNIE FENOMENALNYM.

Z supergrupami najczęściej bywa tak, że w mniej lub bardziej błyskotliwy sposób odcinają kupony od swojej sławy. Battles od momentu wydania doskonałych minialbumów kilka lat temu, poprzez regularny debiut „Mirrored”, aż po najnowsze dzieło wciąż są klasą tylko dla siebie – zarówno brzmieniowo jak i kompozycyjnie. Battles stosują pokręconą formułę przypominającą taniec wariatki. Niby wciąż tę samą, ale za każdym razem ku zdumieniu słuchaczy odkrywaną na nowo. Z jednej strony awangarda, ale z drugiej niemalże popowe kompozycje, jak choćby singlowe „Ice Cream”. Mimo tego chyba tylko jakiś utopijny świat mógłby im zaoferować stałą obecność w radiostacjach.
Wróćmy jednak na ziemię. Odejście ze składu Braxtona nie jest wyczuwalne ani przez moment. Zwłaszcza, że Battles znaleźli następców godnych o nazwiskach nie byle jakich.
Ci służą głosem w „Ice Cream” (Matias Aguero), „My Machines” (Gary Numan)
i fenomenalnym „Sweetie & Shag” (Kazu Makino, notabene wokalistka innego nowojorskiego składu - Blonde Redhead). Rock, elektronika, elementy przemielonych motywów etnicznych (zaskakujący, ale trafiony romans w stylu karaibskim w „Dominican Fade”). Dużo się dzieje, ale o bajzlu zapomnijcie. Granice się zacierają, ale matematyczna precyzja wciąż jest ich znakiem rozpoznawczym. Tak samo jak doskonałe płyty.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |