BEASTIE BOYS “Hot Sauce Committee Part Two” Tekst: Łukasz Lembas AŻ CHCIAŁOBY SIĘ ZAKRZYKNĄĆ: “NARESZCIE!”. NA REGULARNY ALBUM NOWOJORSKIE BESTIE KAZAŁY DŁUGO CZEKAĆ, NIE LICZĄC INSTRUMENTALNEGO WYDAWNICTWA Z 2007 ROKU („THE MIX-UP”). POWODY BYŁY POWAŻNE, ALE TEŻ OD PIERWSZYCH DŹWIĘKÓW WIADOMO, ŻE CZEKAĆ BYŁO WARTO. ZRESZTĄ NIEKTÓRYM ZESPOŁOM POZWALA SIĘ NA WIĘCEJ. BEASTIE BOYS TO BEZ WĄTPIENIA JEDEN Z NICH.
Grupa to ważna tak dla rapu, jak i całej muzyki rozrywkowej! – kto nie zna „Sabotage”, niech pierwszy rzuci kamień! Są jak the Rolling Stones dla rock’n rolla, więc na wstępie trzeba zdjąć czapki przed żywą legendą. A później pozostaje się tylko przekonać, że mimo osiągnięcia takiego statusu można nieźle dołożyć do pieca. Beastie Boys wciąż są jak małe, nieznośne psy, które potrafią nieźle ukąsić i potargać nogawki spodni. Kto nie wierzy, niech odpali teledysk do promującego album „Make Some Noise” i zobaczy na własne uszy (właśnie tak!). Od czasu „Fight for Your Right (To Party)” minął szmat czasu, ale u Beastie Boys impreza trwa w najlepsze, a tendencja do rozrabiania wcale nie wywietrzała. Nie jest to płyta, którą w równym szeregu ustawimy z pomnikowymi „Check Your Head” czy „Ill Communication”. Ale to jak najbardziej album na miarę Beastie Boys! Świetni goście dodają „Hot Sauce Commitee Part Two” dodatkowego, przyjemnego smaczku. NAS dzielnie asystuje w „Too Many Rappers”, zaś Santigold słusznie dominuje w kapitalnie rozbujanym karaibskim rytmem „Don’t Play No Game That I Can’t Win”. Nie brakuje też punkowego dynamitu („Lee Majors Come Again”), do których Bestie zdążyły już wszystkich przyzwyczaić i skłonności tej się pozbywać najwyraźniej nie zamierzają. A może Beastie Boys inaczej nie potrafią? Nieee... Tak mówić nie przystoi. Inni wykonawcy mogą co najwyżej połkać w kącie, że nie potrafią zagrać tak jak oni!
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |