Blonde redhead

Wróć do fineTIME


29.09.10 Tekst: Łukasz Lembas


Stylistyczna podróż nowojorskiego tria trwa w najlepsze. Kontynuują dryf w kierunku coraz bardziej eterycznego grania, choć tym razem wykonali zdecydowany krok. Na „Penny Sparkle” próżno szukać już gitarowych brzmień. Avant-rockowe korzenie zostały odcięte ruchem żwawym i zdecydowanym, a zastąpiono je wychłodzonym i przymroczonym syntezatorowym brzmieniem. Blonde Redhead czuje się w nich na tyle wyśmienicie, że łatwo zapomnieć o ich hałaśliwej, nieposkromionej przeszłości.Mimo że ten hałaśliwy epizod trwał kilka dobrych płyt, to zawsze był to hałas szlachetny, podlany niezwykłym, melancholijnym sosem. Brzmieniowym punktem zwrotnym okazały się jednak przenosiny do legendarnej londyńskiej wytwórni 4AD. Już wtedy nosiło to udane znamiona stylistycznego mariażu z dream popem przy okazji płyty „Misery is a butterfly”. Dopiero za sprawą „Penny Sparkle” na dobre wpadli w objęcia Morfeusza. Delikatne, niezwykle ulotne elektroniczne brzmienia doskonale współgrają z głosem Kazu Makino, która zdominowała wokalnie tę płytę. Blonde Redhead oferuje coraz mnie dźwięków, ale wciąż buzuje emocjami. To niesamowite, że konsekwentnie poddają swoja muzykę twórczej ewolucji, a wciąż pozostają tym samym magicznym zespołem. Ani przez moment nie ma się wrażenia, że stroją się w cudze piórka. Wszystko wydaję się tym do czego nas przyzwyczaili, choć to zupełnie nowe Blonde Redhead! Niezmiennie konsekwentne i cudnie romantyczne. Aż chce się unurzać w całości w te okrutnie przydługawe jesienne wieczory.

muzyka płyty blonde redhead