
12.05.10 Długie cztery lata kazał czekać Simon Green aka Bonobo na nowy regularny album. Powód? Płytą „Days to come” z 2006 roku poprzeczkę zawiesił naprawdę wysoko. Po takim wystąpieniu można śmiało schować się i odcinać kupony. „Black sands” udowadnia jednak, że wcześniejszy sukces to nie wypadek przy pracy, a efekt świadomości własnego stylu. Krótko mówiąc: król nie umarł, a ma się wspaniale. Nowe kompozycje Bonobo nie noszą znamion rewolucji. To wciąż piekielnie zgrabne kawałki muzyki. Niebanalnie zaaranżowane, bez przepychu i ze smakiem. Nie ma już wspaniałej wokalistki zwanej Bajką, za to są duety do mety, gdzie głos zabiera niejaka Andreya Triana. Jej soulowe wokalizy mile łechcą po uszach, jednak piętno Bonobo jest nie do zatarcia. Jednocześnie daje się wyczuć w tej muzyce jakiś powiew świeżości, choć na pozór niewiele się zmieniło. „We Could Forever” z wplecionym karaibskim wątkiem czy choćby „Kiara” to jednak dowód, że Pan Green nie chowa głowy w piasek i wie, co w muzyce piszczy. „Black sands” można zarzucić zachowawczość w komponowaniu i doborze brzmień. Płyta przytulna i potulna jak baranek, ale pod owczą skórą żaden wilk się nie kryje. Mógłbym jeszcze kilka takich zarzutów sformułować, a i tak będę tej płyty słuchać z jednego i najważniejszego powodu: bo to czysta przyjemność. Tekst: Łukasz Lembas
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |