
CHARLOTTE GAINSBOURG IRM CHARLOTTE SWOJĄ ROLĄ W „ANTYCHRYŚCIE” NIEŹLE MNIE NASTRASZYŁA. TERAZ JESZCZE TEN TYTUŁ ALBUMU – „IRM” – OZNACZAJĄCY ZOBRAZOWANIE REZONANSU MAGNETYCZNEGO. Wskazówki odebrałem tak, że spodziewałem się płyty złowróżbnej, choć może nie tak bardzo jak te w stylu metalowców z północy Europy. Poza tym do śpiewających aktorek jestem – delikatnie mówiąc – zdystansowany. Na szczęście na „IRM” słychać, że geny po ojcu odziedziczyła, a nie na przykład zakupiła z drugiej ręki. Trzeba jednak mieć na względzie fakt, że gdyby nie Beck, którego wydatny wpływ słyszalny jest bez specjalistycznego sprzętu, mogłoby być różnie. Sznyt, jaki nadał płycie „IRM”, to żadne tam odwalanie pańszczyzny, ale przede wszystkim kawał dobrej roboty, a najciekawsze jest wrażenie, że Charlotte Gainsbourg w specyficznej stylistyce Becka czuje się jak ryba w wodzie. Czasem zabrzmi jak zapomniana pieśniarka z lat 60. („In the End”), kiedy indziej nowocześnie i awangardowo (tytułowy „IRM”, bądź też „Greenwich Mean Time”). Za każdym razem – udanie! Ozdobą płyty są duety z dzielnym pomocnikiem – Beckiem, które bez żenady mogłyby wejść choćby na jego „Modern Guilt”. Szarlota na kolana, ani tym bardziej na łopatki nie powala, ale mile zaskakuje – to na pewno. Sympatyczna, krucha, smaczna, choć nie zawsze słodka. Łukasz Lembas 16.02.10
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |