Editors

Wróć do fineTIME


EDITORSIn This Light And On This Evening CZY MOŻNA NAPISAĆ COŚ DOBREGO O NOWEJ PŁYCIE ZESPOŁU, KTÓRY JEST UOSOBIENIEM SIÓDMEJ WODY PO KISIELU? KTÓRY OD POCZĄTKU JEST RAPTEM "ODPOWIEDZIĄ" NA AMERYKAŃSKI INTERPOL? OKAZUJE SIĘ, ŻE JEST TO MOŻLIWE!"In This Light And On This Evening" to płyta, która nie wnosi nic nowego do historii muzyki, ale dla Editors jest na pewno sporym krokiem w przód. Choćby z tej prostej przyczyny, że mocno zdeprecjonowali rolę gitar, co zakrawa na rewolucję. Tyle, że większość kapel wpisujących się w nurt "nowej gitarowej alternatywy" zdążyła już pokazać, że czuje miętę do synth-popowych brzmień lat 80-tych. Co by im jednak nie ujmować - wyszło im to z niezłym skutkiem. "In This Light And On This Evening" brzmi trochę jak luźna dywagacja na temat - jakby brzmiałoby New Order z Ian'em Curtisem za mikrofonem. Otwierający płytę tytułowy kawałek to jeszcze jakby mroczne echo poprzedniej płyty. Głęboki i beznamiętny głos Thomas'a Smith'a, klaustrofobiczny klimat to świetne wprowadzenie w świat Editorsów. Następne, już jednak bez żenady i z pełnym przekonaniem mocno zdradzają fascynację nie tylko New Order, ale i innymi gigantami nurtu „new romantic”. W tej kategorii przoduje trzeci na płycie - "Papillon", z partią i brzmieniem klawiszy żywcem wyciągniętymi z 9 dekady ubiegłego wieku. Nie dziwię się zupełnie, że został wybrany na pierwszy singiel, bo to jedna z bardziej charakterystycznych kompozycji. Po prostu ładnie skrojony kawałek. Druga strona tego medalu jest jednak taka, że odżywa tu syndrom inżyniera Mamonia z filmu "Rejs" - lepszy odbiór jest od drugiego podejścia.Płyta im się udała. Ja tylko się zaciekawiam, kiedy przemówią własnym głosem, choć z drugiej strony – przymusu nie ma, źle nie jest. Łukasz Lembas 15.12.09

płyty editors