FISZ EMADE „Zwierzę bez nogi” Tekst: Łukasz Lembas BRACIA WAGLEWSCY WYSZALELI SIĘ Z GITARAMI POD SZYLDEM KIM NOWAK NA PŁYCIE POD TYM SAMYM TYTUŁEM. SZALEŃSTWA TO PONIEKĄD ZAPOWIEDZIANE, BO POPRZEDNIA PŁYTA SYGNOWANA PRZEZ FISZA I EMADE - „HEAVI METAL” - BYŁA, CHOĆ GŁÓWNIE TEKSTOWO, WYRAZEM TĘSKNOTY ZA MŁODZIEŃCZĄ FASCYNACJĄ HEAVY METALEM I JEGO TEATRALNĄ ESTETYKĄ. PŁYTĄ „ZWIERZĘ BEZ NOGI” WRACAJĄ NA HIP-HOPOWE WŁOŚCI DOSADNIEJ NIŻ MOGŁOBY SIĘ WYDAWAĆ.
Wydając „Zwierzę bez nogi” bracia Waglewscy najwyraźniej nie mieli ochoty skrywać, jak wiele znaczą dla nich takie tuzy jak choćby Beastie Boys czy A Tribe Called Quest. Na fali nieustannych powrotów zakurzonych muzycznych herosów kilku ubiegłych dekad taki ukłon wydaje się być całkiem uzasadniony. A skoro Beastie Boys mają się całkiem nieźle (wydany w tym roku „Hot Sauce Comittee Part Two” autorstwa nowojorskich Bestii spotkał się słusznie z ciepłym przyjęciem), to dlaczego nie pokusić by się o autorski „tribute to...” ? Zresztą lepiej to robić świadomie, z otwartą przyłbicą - nawet piętnasty (sic!) utwór na płycie („To Nie Mój Problem”) ma wiele mówiący podtytuł – „Check Your Head tribute”. Dzięki temu nikt przecież nie zarzuci Waglewskim bezceremonialnego kopiowania czy nawet kryptomnezji. „Zwierzę bez nogi” to zacna dawka mocno osadzonych rytmów i charakterystycznej liryki Fisza. Inteligentnej i opartej na słownych figlach. Wyjątkowo jednak nie są one jak dotychczas na pierwszym planie. „Zwierzę bez nogi” skupia się na zwartej motoryce z nieodłącznym rozbujaniem. Pełno tu celowego brudu i wyszukanych brzmień. Ameryki tą płytą nie odkryli, jednocześnie... odkrywając ją dla siebie na nowo. Gdybym był belfrem, postawiłbym mocną czwórkę z minusem, w końcu „Zwierzę jest bez nogi”.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |