
28.03.10 Tekst: Łukasz Lembas TA MUZYKA JEST JAK MISTYCZNY SZEPT. JAK RELIGIJNE PIEŚNI - ZADUMANA, KUNSZTOWNIE OWINIĘTA W KAWAŁKI PSYCHODELI - KOI, URZEKA, LENIWIE ZACHWYCA. CZŁOWIEK ZA NIĄ ODPOWIEDZIALNY - SUMACH ECKS - WSPOMNIAŁ W JEDNYM Z WYWIADÓW, ŻE TO NIC INNEGO JAK "HINDI ROCK". JAKKOLWIEK BY TEJ MUZYKI NIE NAZWAĆ - SIĘGNĄĆ PO NIĄ WRĘCZ TRZEBA. DLACZEGO?

Rzut okiem na okładkę i już można przeczuć co się święci. Ktoś będzie próbował mnie zahipnotyzować. Ledwie się zorientowałem, a już czułem się przez tę płytę omamiony. Jak sam Gonjasufi aka Sumach Ecks twierdzi, jest niemalże uzależniony od miłości do Jogi, swoich dzieci oraz muzyki. Tak samo moje uszy były i wciąż są zupełnie bezbronne wobec „A Sufi and a Killer". 20 utworów wypełniających album to zestaw stylistycznie tak pokręcony jak życiorys autora. Jazz, hip-hop, rock? Wszystko jest przemyślane, zagrane i poupychane w taki sposób, że paleta gatunków jest nieistotna. Liczy się tylko refleksja nad samą muzyką. No właśnie... Bo „A Sufi and a Killer" to także religijny konglomerat. Żeby usłyszeć odwołania zarówno do tradycji islamskiej albo hinduskiej, nie trzeba wytężać słuchu. Brzmienie - jakby z pietyzmem ufajdane piaskiem pustyni Mojave, na której Sumach Ecks rezyduje. Można się wzruszyć, można zadumać. Przejść obojętnie? Bez szans!
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |