Gil Scott-Heron

Wróć do fineTIME


09.03.10 GIL Tekst: Łukasz Lembas -HERON SCOTT "I'm new here"


„Kim u diaska jest Gil Scott-Heron?” - pomyślałem, kiedy wyszła jego płyta. Facet to, jak się okazało, doświadczony i to nie tylko muzycznie. W końcu ma w życiorysie odsiadkę i to bynajmniej nie za posiadanie samochodu. Ta płyta to odkrywanie Scotta-Herona na nowo. Już tytuł to zresztą jasno sugeruje, a i sam twórca niejednokrotnie podkreśla to w tekstach. „I'm new here„ to przede wszystkim rozliczenie, nie z ZUS-em a z samym sobą. Rozliczenie, gdzie bilans dla słuchacza jest zachęcająco dodatni. Głos Scotta-Herona jest bez mała frapujący, zwłaszcza że gość ma możliwości szerokie jak bary Pudziana. Wciągające melodeklamacje, bluesowe zaśpiewy w „New York is killing”, czasem barwą zbliża się nawet do ... Leonarda Cohena (w tytułowym „I'm new here”). W końcu muzyka, która nie schodzi poniżej poziomu wytyczonego przez głównodowodzącego. Pojawia się czasem jakiś urokliwy miejski blues, dominują jednak przyczajone dźwięki rodem z Bristolu. Brawa dla tego dziarskiego artysty za to również, że nie trzyma się kurczowo formuły, z którą święcił triumfy bez mała cztery dekady temu. Zresztą jeśli pojawia się jakiś blues, to przybiera on formę bardzo współczesną. Nie mniej jednak za sprawą flirtu z trip-hopem doskonale podkręcił atmosferę płyty wprowadzając podskórne napięcie, od którego nie łatwo się uwolnić. Świetny album, choć do spożywania w samotności i po zmroku. Uwaga! Produkt silnie uzależniający!

muzyka płyty gil scott-heron