Glasser

Wróć do fineTIME


29.09.10 Tekst: Łukasz Lembas CAMERON MESIROW – OTO DAMA ODPOWIEDZIALNA ZA CAŁE WYDARZENIE ZATYTUŁOWANE „RING”. NIE BEZ KOZERY UŻYWAM STWIERDZENIA „WYDARZENIE”, BO TO PŁYTA ZACNA W KAŻDYM CALU! Glasser to taki jednoosobowy teatr, gdzie główną i jedyną aktorką jest wspomniana Cameron Mesirow. „Ring” to jej debiut, który jest zarazem ciosem mocnym i miarowym. W końcu muzyka zawarta na płycie to potężna dawka kapitalnych piosenek. Paradoks jest taki, że za pierwszym przesłuchaniem nie zapamiętałem ani jednego utworu. Dziwnym trafem ciągle chciałem słuchać więcej i więcej! Brzmi mało przekonująco? Ale to prawda.


Owa dama dysponuje niepospolitym wokalem, którego na dodatek potrafi używać tak, by słuchacza wciągnąć, omamić i obezwładnić. Barwą głosu oscyluje wokół Natashy Khan z „Bat For Lashes”. Tu podobieństwa jednak się kończą. Na „Ring” znajdziemy kompozycje solidnie podlane afrykańską, hipnotyczną rytmiką, z towarzyszącymi dźwiękami często pojawiającej się marimby. Może to jest klucz do sukcesu? By słuchacza zahipnotyzować? Poniekąd tak, choć to głos Cameron Mesirow ciągnie wózek zatytułowany „Ring” do szczęśliwej mety. Płyta sklecona ze smakiem. Przykładem może być choćby „Clamour” - z czarnolądową rytmiką, ale i z subtelnymi partiami barytonowego saksofonu. Chciałoby się rzec: mała rzecz a cieszy.Producent umieścił na okładce tytuły rzekomych hitów. Rozumiem, ale nie dajmy się zwieść. Słucham „Ring” od początku do końca i nie potrafię wyróżnić choćby jednego utworu. Uważam to jednocześnie za spory komplement, bo słucham „Ring” w całości. Jest spójnie, kolorowo i z fantazją. Bez słabych punktów. Tylko tyle i aż tyle.

muzyka płyty glasser