
PRZERYSOWANI MUZYCY NA PLASTIKOWEJ PLAŻY. PO TAKIEJ ZAPOWIEDZI SPODZIEWAMY SIĘ NAJGORSZEJ W DZIEJACH MUZYKI PAPKI. I DOBRZE, BO NIE MA NIC LEPSZEGO NIŻ MIŁE ZASKOCZENIA! 07.04.10 GORILLAZ „Plastic Beach” Damon Albarn - spiritus movens projektu – to muzyczny stachanowiec, który wydaje płyty jedna za drugą i, co ciekawe, każda jest inna, co jedna to lepsza. Przy okazji poszerza znajomości, więc jak już przyszło nagrywać nowy album Gorillaz, gości pospraszał więcej niż u cioci na imieninach. Można by rzec - jak zwykle – zwłaszcza w przypadku Gorillaz. Nie to jednak ważne, bo niech pierwszy rzuci kamień ten, kto na nagranie jednej płyty zaprosi artystów z tak odległych galaktyk jak choćby Snoop Dog, Little Dragon i Lou Reed. No tak, niby nic nowego, ale jak na złość malkontentom „Plastic Beach” brzmi tak spójnie, że choćby wspomniani Snoop Dogg i Lou Reed, ludzie i muzycy tak kompletnie różni doskonale się tu odnajdują i odcisków od plastikowej plaży się nie nabawią, zatem chapeau bas. A proekologiczny przekaz, który trąci trochę koniunkturalnością? Nie wadzi? No cóż, nie! Proszę sobie wyobrazić, że ani trochę. To po prostu kolejna świetna płyta Gorillaz: idealnie wyważona między delikatnym rozbujaniem, prostymi, momentami wręcz naiwnymi, ale wciągającymi melodiami. Mniej hip-hopu – w zamian mamy pop pierwszego sortu. Z nóg nie zwala, jednak nie polubić go, to chyba tylko z niechęci do kreskówek. Zresztą, co będę więcej pisał... Dalej niech się już broni sama muzyka (w towarzystwie narysowanych postaci oczywiście). Łukasz Lembas
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |