Hurts "Happiness"

Wróć do fineTIME


15.09.10 Tekst: Łukasz Lembas NAKLEJKA NA OKŁADCE SZEPCE, ŻE TO NAJBARDZIEJ STYLOWY ALBUM ROKU. HA! NIE KRZYCZY, TYLKO SZEPCE, BO SZARZYZNĄ DOPASOWANĄ DO ASCETYCZNEJ OKŁADKI. Z TEJŻE SPOGLĄDAJĄ CHŁODNO THEO HUTCHCRAFT I ADAM ANDERSON. TO ONI, AUTORZY 48 – MINUTOWEGO WEHIKUŁU CZASU. WSIADAJĄC DO NIEGO, UDAJEMY SIĘ NA NOSTALGICZNĄ WYCIECZKĘ. PARAFRAZUJĄC - „GOOD BYE THATCHER!”


Tak, właśnie Thatcher. W końcu pochodzą z owianego legendą Manchesteru, który zdążył już wydać na świat kilka legend. Wizualnie nie odbiegają daleko od Joy Division. Jednak figa z makiem dla każdego, kto oczekuje dekadenckiej atmosfery formacji Iana Curtisa. Hurts bliżej już do kontynuatorów spod szyldu New Order. Najbardziej po drodze im jednak z wczesnymi dokonaniami Depeche Mode albo Pet Shop Boys. To jednak proste skojarzenia.


W całej tej tęsknocie za latami 80. chcą najwyraźniej zostać nowymi bohaterami nurtu new romantic czy innego synthpopu. Trzeba przyznać, że są na dobrej drodze, zważywszy że starym bohaterom wcale nie ustępują. Zadbali o wszystko – od wystylizowanych fryzur, poprzez czarno – białe teledyski czy też dopieszczone brzmienie. „Happiness” to z jednej strony hołd w stronę klasyków gatunku, który świetnie wstrzelił się w stylistyczną karuzelę dziejową. „Happiness” to jednak nie tylko odgrzewanie neoromantycznych kotletów. Wystarczy posłuchać choćby „Wonderful life”, „Blood, tears & gold” czy choćby „Evelyn”. Toż to zwyczajnie świetne piosenki, które nie powinny być traktowane jak odkurzone gadżety z targu sentymentalnych śmieci. Lekko tajemnicze, rozmarzone ze sporym zasobem tanecznego pierwiastka. Niby ponure, choć to jednak zgrywa. Wolą dzielić się tytułowym szczęściem. Żal nie skorzystać.

muzyka płyty hurts