
30.06.10 PIĘKNY, TRZYDZIESTOSIEDMIOLETNI BRYTYJCZYK ŚPIEWA, JAKBY URODZIŁ SIĘ W STANACH ZJEDNOCZONYCH, A JEGO KOLOR SKÓRY BYŁ SMAGŁY. JEST ZUPEŁNIE NA ODWRÓT, ALE RÓŻNICY TO ŻADNEJ NIE ROBI. PRZY NAGRYWANIU PŁYTY JEGO KOMPAS MUSIAŁ WSKAZAĆ WŁAŚCIWĄ DROGĘ, BO ALBUM ZATYTUŁOWANY WŁAŚNIE „COMPASS” TO 14 ŚWIETNYCH UTWORÓW – O SZEROKIM WACHLARZU BRZMIENIOWYM – STALE PULSUJĄCYCH KLASYKĄ CZARNEJ MUZYKI. Tekst: Łukasz Lembas

Głos Jamiego Lidella niezmiennie przypomina Chrisa Cornella, wokalistę tyle utalentowanego, co odpowiedniego kompasu nie posiadającego. Kilka nieudanych ruchów zapędziło go w kozi róg, czyli tam gdzie w żadnym wypadku nie wybiera się Lidell. Wcale nie odkrywa nowych miejsc, ale robi to w czym czuje się świetnie, choć wachlarz stylistyczny jest dość szeroki – poprzez soul, funk i kołyszące ballady, gdzie w tytułowym utworze przemyca nawet westernowe tematy à la Ennio Morricone. Kolejne nieodparte wrażenie, to duch Toma Waitsa unoszący się nad „Compass”. Waitsa z czasów „Mule Variations” albo „Real Gone” z przybrudzoną produkcją (rewelacyjny „I Wanna Be Your telephone” czy „The Ring”). Nie sposób też nie docenić doskonałej końcówki płyty z tantrycznym „Big Drift”, którego tytuł wiele wyjaśnia – oraz wydelikaconym „You See My Light”. Rozliczne porównania i skojarzenia można mnożyć, do potęgi nawet podnieść. Na szczęście ani na moment nie zapominam, że obcuję z Jamie Lidell’em, choć ten zaprosił jeszcze mnóstwo znamienitych gości jak choćby Becka czy Chrisa Taylora z Grizzly Bear. Nie chcę dokonywać karkołomnego porównania z Amy Winehouse, ale słuchając „Compass” Lidella, coraz mniej tęsknię za tą pierwszą.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |