Jonsi

Wróć do fineTIME


19.05.10 JONSI DEBIUTUJE, CHOĆ ŻÓŁTODZIÓBEM NIE JEST. LIDER SIGUR RÓS POSTANOWIŁ WZIĄĆ SPRAWY W SWOJE RĘCE I NAGRAĆ ALBUM SYGNOWANY WŁASNYM NAZWISKIEM. Tekst: Łukasz Lembas Ostatnie płyty zdawały się dzielić fanów macierzystego składu Jonsiego. Płyta „Go” daje nam subtelną wskazówkę, kto za ten dryf w stronę radosnego grania odpowiadał. Nie mam tu jednak na myśli popu w rodzaju, jaki reprezentuje choćby Lady Gaga. Ten serwowany przez Jonsiego to coś, co najlepiej obrazuje hasło „dream pop”. Bliżej mu też do ścieżki dźwiękowej z jakiegoś baśniowego filmu, aniżeli szczytów list przebojów. Orkiestrowo wręcz zaaranżowane pieśni, z nieodłącznym falsetem lidera Sigur Rós, to kompozycje buchające emocjami. Żwawsze, o niebo radośniejsze, niż w macierzystym zespole. Wieść gminna niesie, że sporą część roboty nad płytą „Go” wykonał niejaki Nico Muhly. To jeden ze zdolniejszych kompozytorów młodego pokolenia, mający już na koncie współpracę m.in. z Björk, ale i śmiało kombinujący w awangardowych projektach, czy na solowych inicjatywach. Czuć, że nadał tej płycie charakterystyczny sznyt.


Warto też wspomnieć, że Jonsi będzie gwiazdą najbliższego festiwalu Sacrum Profanum, więc i okazja świetna do zasmakowania tych dźwięków na żywo. Śmiem twierdzić, że niestrawności nikomu nie grożą. Nie zmienia to jednak faktu, że Jonsi to posiadacz niezwykle charakterystycznego głosu i musiałby chyba nagrać hip-hopowy album, by nie kojarzyło się to z Sigur Rós. Tylko, czy to komuś przeszkadza? Mnie ani trochę. Przeczytaj także: The White Stripes „Under Great White Norhern Lights” Ganjasufi „A Sufi And A Killer”

muzyka sigur ros jonsi