LENNY KRAVITZ „ Black and White America” Tekst: Łukasz Lembas OTO FACET MOŻE WPRAWIĆ W KOMPLEKSY NIEJEDNEGO MĘŻCZYZNĘ – BŁYSK W OKU, TORS JAK U ACHILLESA, ZABÓJCZY, LEKKO SZELMOWSKI UŚMIECH. BEZ HEC, GOŚĆ NAPRAWDĘ ZBLIŻA SIĘ DO PIĘĆDZIESIĄTKI? NIE SZUKAJMY DZIURY W CAŁYM, ZAGLĄDAJĄC LENNY’EMU W METRYKĘ, BO TAK CZY SIAK MOŻE TO DOPROWADZIĆ DO, CO NAJWYŻEJ, WSPOMNIANYCH KOMPLEKSÓW. ZOSTAWMY JEGO ODPICOWANY WIZERUNEK I SIĘGNIJMY PO DZIEWIĄTY ALBUM NAJSŁYNNIEJSZEGO SPADKOBIERCY HENDRIXOWSKIEJ WRAŻLIWOŚCI PO DRUGIEJ STRONY ATLANTYKU. „BLACK AND WHITE AMERICA” TO POTWIERDZENIE, ŻE LENNY KRAVITZ MÓWIĄC NAJDOSADNIEJ – NIE STYGNIE.
Nie spodziewałem się wiele po Kravitzu, więc jego najnowszy album to tym większe zaskoczenie. Żar leje się tu szerokim strumieniem, a sam Kravitz nie poszedł w sprawdzone mętne pościelówy. „Black and White America” wybornie pulsuje od samego początku. Lenny - jak to ma w zwyczaju - uroczo miota się między rasowym funkiem, rockowym pazurem a żarliwym soulem. W każdym z tych garniturów mu niezwykle do twarzy, bo i Kravitz zawsze był muzykiem wielowymiarowym. „Black and White America” idzie z tradycją pod rękę, choć to album zdecydowanie godny drugiej dekady XXI wieku.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |