LYKKE LI „Wounded Rhymes”

Wróć do fineTIME

LYKKE LI „Wounded Rhymes” Tekst: Łukasz Lembas ONA, SZWEDKA, LAT 25. DEBIUTANCKĄ PŁYTĄ SPRZED TRZECH LAT ŚMIAŁO WDARŁA SIĘ DO SZOŁBIZNESU. NADSZEDŁ W KOŃCU MOMENT, KIEDY TRZEBA NAGRAĆ „TĄ” DRUGA PŁYTĘ. WIELU PRESJI NIE WYTRZYMUJE. SUKCES W KOŃCU POTRAFI NAMIESZAĆ W NIEJEDNEJ GŁOWIE. W TYM PRZYPADKU CHŁODNA SZWECJA POZWOLIŁA JEJ ZACHOWAĆ ZIMNĄ KREW I NAGRAĆ ŚWIETNY ALBUM!

„Wounded Rhymes” od samego początku daje po uszach tym co najlepsze. Nowoczesne, tryskające energią piosenki umiejscowione gdzieś między indie – rockiem a electropopem. Nowoczesne, choć pierwsze dwie kompozycje to niemalże retro w czystej postaci, które idealnie wpasowałyby się w ścieżkę dźwiękową jakiegoś filmowego klasyka z lat 60. Jeśli jednak ktoś myśli, że staromodne brzmienie to wszystko, na co stać Lykke Li, jest zwyczajnie w błędzie. „Wounded Rhymes” to zaskakująco szeroka paleta brzmień i kompozycji o zróżnicowanym ładunku energii i emocji. W Love out of lust” robi się lekko łzawo i nostalgicznie, ale zaraz później Szwedka serwuje niemalże folkowy zaśpiew. Nie trwa to długo, bo w kolejnym utworze Lykke Li znowu podkłada energetyczny dynamit w postaci „Get Some”. Trzeba przyznać, że sprawnie skacze z jednego kwiatka na drugi. Robi to na tyle sprawnie, że potrafi wzruszyć zarówno ckliwą balladą („I know places”) jak i zerwać na równe nogi żwawo uderzanym bitem. Nie posądzałbym jej o geniusz, bo „Wounded Rhymes” to nie dzieło epokowe. Jest jednak w tym albumie coś, co nie pozwala przejść obojętnie. Powoli, acz konsekwentnie wciąga.

muzyka płyty lykke li