M.I.A. "Maya"

Wróć do fineTIME


MATHANGI ARULPRAGASAM CZYLI WŁAŚNIE M.I.A NA PŁYCIE „MAYA” TO WIELKI DYSKOTEKOWY SZWINDEL. TO TANECZNA APOKALIPSA, A AUTORKA ANI MYŚLI O BRANIU JEŃCÓW. KTO PODEJMIE RĘKAWICĘ, ZOSTANIE W ZAMIAN WGNIECIONY W FOTEL. TRZECIA PŁYTA BRYTYJKI Z AZJATYCKIMI KORZENIAMI TO MUROWANY KANDYDAT DO PŁYTY ROKU, CHOĆ „MAYA” TO POZYCJA, GDZIE BURZA DŹWIĘKÓW MOŻE POCZĄTKOWO OSZOŁOMIĆ I ZNIECHĘCIĆ. PÓŹNIEJ CHCE SIĘ JUŻ TYLKO WIĘCEJ. 21.07.10 M.I.A. Tekst: Łukasz Lembas „Maya”


„Maya” to dopełnienie trylogii i zarazem jej najmocniejszy akcent. Na zdjęciach M.I.A. wygląda jakby tworzyła kolorową muzykę z parkietowym przeznaczeniem podlaną etno-sosem. Prawda, ale ona idzie dalej, jakby w ślady ojca z prawdziwie rebeliancką przeszłością. Zamieniła jedynie rozgrzaną do czerwoności lufę maszynowego gnata, na rozognioną muzykę. A jak przypomnę sobie, że jeszcze projektuje ubrania, to myślę że chce wywołać rewoltę jak tandem Sex Pistols & Malcolm McLaren. Pierwsze sześć utworów to tyleż samo dźwiękowych bomb eksplodujących jedna po drugiej. Równo ciosane bity i skandujący głos nie oszczędzający ani Google’a, ani nawet iPhona. Do tego „hałasuje czym popadnie” – jest miejsce na rytmiczne klaskanie, elektroniczne piski (a może to dźwięki pracującej huty?!) kończąc na przesterowanych gitarach, których Slayer by się nie powstydził. Dopiero w siódmej odsłonie („It Takes a Muscle”) następuje pogodne, dancehall’owe zawieszenie broni. Tylko po to by w „Born Free” wrócić na wcześniej obrany, szaleńczy kurs. Kończy z mniejszą dawką adrenaliny, z wyczekiwanym wytchnieniem. Krajobraz po bitwie? Bynajmniej! To tylko kolejny rozejm przed ponownym odpaleniem płyty...


Przeczytaj: Jamie Lidell "Compass" LCD Soundsystem "This is happening"

muzyka płyty m.i.a.