
MIKE PRÓBA NADĄŻENIA ZA KOLEJNYMI WCIELENIAMI PATTONA JEST ZADANIEM ZGOŁA KARKOŁOMNYM. TO CZŁOWIEK, PO KTÓRYM MOŻNA SPODZIEWAĆ SIĘ NAPRAWDĘ WIELE. KTO BY JEDNAK POMYŚLAŁ, ŻE NA WARSZTAT WEŹMIE ZAPOMNIANE WŁOSKIE PIOSENKI, SPRZED PIĘĆDZIESIĘCIU CZY SZEŚĆDZIESIĘCIU LAT? WRÓĆ! PO NIM MOŻNA SPODZIEWAĆ SIĘ PO PROSTU WSZYSTKIEGO! Tekst: Łukasz Lembas 07.07.10 „Mondo Cane” PATTON

Renoma włoskiej piosenki jest – powiedzmy to sobie szczerze – dość średnia. Mike Patton najwyraźniej chciał z tym stereotypem zawalczyć niczym Don Kichot z wiatrakiem. Z pokątnym uśmieszkiem słucham „Mondo Cane” – projektu, w którym Pattonowi towarzyszy czterdziestoosobowa orkiestra wespół z chórkami – choć zdarza się, że przestrzeń dzieli tylko z akustyczną gitarą. Niby taki wielki eksperymentator, a wykonuje dość zaskakujący ukłon w kierunku zakurzonej włoskiej piosenki. Z drugiej jednak strony płyta emanuje świetnym klimatem, jakby wydartym z klasyki włoskiego kina. Bywa sielankowo, patetycznie, czasem westernowo, choć akurat nie w kompozycji samego Ennio Morricone (świetne „Deep down”). Podrasowane brzmieniowo i aranżacyjnie kompozycje, utrzymują pierwotny klimat. Bywa też i tak, że rockowo-punkowy pazur wdziera się odważnie i zdecydowanie, jak choćby w „Urlo Negro”. Jest bogato i kalorycznie, zupełnie jak u Berlusconiego za piecem. To, że Mike Patton to wybitny wokalista, jest prawdą tak oczywistą jak kolor mleka, więc ani słowa o tym. A o samej płycie? Jest tak dobrze, że aż się chce wsiąść na jakąś vespę i pomknąć w rzymską uliczkę. Albo wyruszyć na Festiwal Era Nowe Horyzonty, tam Mike Patton z „Modno Cane” już 22 lipca, najprawdziwiej na żywo. Przeczytaj:
Jamie Lidell "Compass"
Flying Lotus "Cosmogramma"
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |