New York Crasnals

Wróć do fineTIME


NEW YORK WBREW ZAPOWIEDZIOM, NA NAJNOWSZEJ PŁYCIE NEW YORK CRASNALS NIE PŁYWAJĄ PO NIEZNANYCH WODACH. CIESZĘ SIĘ NAWET, ŻE WRÓCILI NA BARDZIEJ PIOSENKOWE TORY, BO TO IM ZAWSZE LEPIEJ WYCHODZIŁO. Tekst: Łukasz Lembas 07.07.10 „Women in love, men in uniforms” CRASNALS


Jest dobrze, gdyż czuć, że wypracowali już własne brzmienie. Jednocześnie produkcyjnie wskoczyli o poziom wyżej od poprzedniczki. Promujący płytę „Cardamom” – to taka Crasnalowa wizytówka – z wchodzącą i długi czas okupującą ucho melodią, z wokalizami jak w schyłkowym „Sunny Day Real Estate” oraz powciskanymi tu i ówdzie brzmieniowy niuansami, które czynią różnicę. Czwarty na płycie „Frederic Sean Penn” kłuje trochę w uszy Tool-ową nachalnością, ale z tego grzechu ciągle się spowiadają, by znów go popełnić. Jakby w ramach pokuty serwują „Darling, They Are Playing Our Tune” z wariacką partią saksofonu. Utwór na szczęście nie zgłasza jazzowych ambicji, co mogłoby być strzałem w stopę. Bryluje za to świetnym gangsterskim klimatem czyniąc ten kawałek prawdziwym czarnym koniem płyty. Za to w „Mooch” pojawia się akordeon. Zaskakująco, ale niezwykle owocnie. Moim faworytem jest jednak miniaturka no. 10 – akustyczny „Labour” z westernowym pogwizdem, mruczeniem i z lekka pijackim grupowym zaśpiewem, któremu na szczęście daleko do stadionowego. W końcu przejmujący „Washington Irving” z stopniowym budowaniem suspensu, aż do miarowego kroku w finale. Słucham „Women in love, men in uniforms” i eksperymentów, wielkich przewrotów czy rewolucji nie odnotowałem. Są za to pomysłowe aranże, wokalne chórki i melodie, które w końcu wróciły na należny im pierwszy plan. Myślę sobie, że jeśli ktoś docenił Crasnalowy debiut, teraz może się śmiało zakochać. Na zabój. Przeczytaj: Jamie Lidell "Compass" Flying Lotus "Cosmogramma"

muzyka płyty new york crasnals