Opera mało mydlana

Wróć do fineTIME


OPERA ERA ROCKOWYCH OPER DAWNO POKRYŁA SIĘ KURZEM. PATETYCZNA FORMUŁA SIĘ WYPALIŁA, ZMARŁA ŚMIERCIĄ NATURALNĄ. PIĘKNY RELIKT PRZESZŁOŚCI, NA MYŚL KTÓREGO POJAWIA SIĘ SZCZERY UŚMIESZEK. GŁÓWNIE CHYBA POPRZEZ PROSTĄ SPRZECZNOŚĆ: OPERA CZY NAWET TEATR TO FORMY SZTUKI PRZEZNACZONE DLA ELITY, W PRZECIWIEŃSTWIE DO WIELKICH STADIONOWYCH KONCERTÓW. 23.02.10 mało Tekst: Łukasz Lembas MYDLANA


Na zdjęciu: Wilhelm Sasnal, Bombowce, 1999 Czy jest to dobre wytłumaczenie? W pewnym sensie tak, choć muzyka rozrywkowa, bądź też artyści z takową silnie związani rozwodu z operą czy teatrem nie wzięli. Zmienili tylko formułę swojego związku. Choć bywało w historii i tak, że sukces odniesiony w mariażu z teatrem nie przekuwał się automatycznie na zdobywanie koneserów opery. Taki przypadek spotkał choćby George’a Gershwina. Kompozycje popełnione do musicali i na potrzeby teatru przysporzyły mu splendoru i, nie ukrywajmy, trochę tych zielonych papierków, co to szczęścia nie dają, ale rzekomo mu pomagają. Prestiż to pierwsza nagroda Pulitzera za utwór musicalowy. Gershwinowi było jednak mało. Ambicje miał operowe, więc wziął się do pracy czego owocem stała się „Porgy and Bess”. Reakcją był entuzjazm, ale połączony z głosami oburzenia białych, elitarnych bywalców oper. Cóż, Gershwin lubił poflirtować z różnymi gatunkami, ale elementy czarnej muzyki jazzowej w białej operze? W tym czasie, dla wielu było to nie do pomyślenia. Zwłaszcza, że świat zmagał się wówczas z kryzysem, biała amerykańska elita – powiedzmy - mogła być rozdrażniona. W sukurs jednak przyszedł... ćwierć wieku później... czarny Miles Davis! W 1958 rzeczony król jazzu nagrał własną interpretację legendarnej opery Gershwina. Dodam tylko, że krytycy piali z zachwytu, a Davis budując swoja renomę, dołożył tez cegiełkę do sławy przedwcześnie zmarłemu Gershwinowi.


Ogólnie rzecz biorąc związki jazzu z operą czy teatrem maja się całkiem ku sobie. Nie tylko dawno temu w Ameryce. Za przykład niech posłuży choćby rodzimy Contemporary Noise Quartet, który w 2008 roku wydał płytę, pół żartem zatytułowaną „Theatre Play Music”. Album z muzyką do spektaklu „Miłość Ci wszystko wybaczy” w reżyserii Przemysława Wojcieszka przyniósł trochę zmienione oblicze zespołu. Pytanie: po co to zrobili? Wydaje się, że odpowiedź dali już sami dziennikarze po debiutanckiej płycie „Pig Inside Gentleman” wrzucając ich do worka z napisem, a raczej dwoma: „jazz, muzyka filmowa”. Czyżby zadziałał efekt samo spełniającej się przepowiedni? Cóż, może po prostu również do teatru się świetnie nadają, jako muzyka tła, która buduje klimat spełniając inną rolę niż muzyka rozrywkowa sensu stricte...?!


Na zdjęciu: Wilhelm Sasnal, Bombowce, 1999 Zupełnym novum był jednak dla mnie news o mariażu szwedzkiego duetu electro – the Knife – z ...duńską operą! Można by pomyśleć, że to kompilacja z gatunku „kwiatek do kożucha”, ale skoro zdecydowali się swoje dzieło wydać jako oficjalne wydawnictwo, efektu jestem bardziej ciekaw niż jakiejkolwiek komisji śledczej. Mam nadzieję, że tu będą jakieś efekty, zwłaszcza, że w pracy nad „Tomorrow, In the Year” dzielnie akompaniowali im amerykański DJ Mt. Sims, awangardowa artystka Janine Rostron znana pod pseudonimem Planningtorock, a nad koordynacją czuwała duńska grupa parateatralna – Hotel Pro Forma. Nigdy nie podejrzewałem, że cokolwiek zawiedzie the Knife w mury opery. Podejrzewam, że duet też raczej tego nigdy nie przewidywał na trzeźwo, więc na efektów jestem ciekaw dużo bardziej niż np. piątej części „Rambo”. Jak widać, a wkrótce miejmy nadzieję i słychać, electro i opera wcale nie muszą się ze sobą gryźć, a może nawet wręcz przeciwnie - całkiem się polubić. Pytanie tylko: co skłania niektórych muzyków do takich, można by pomyśleć dziwacznych posunięć? Może rację ma Roger Water, były lider Pink Floyd, swoją drogą muzyk rockowy, ale i autor spektakularnych muzycznych przedsięwzięć w rodzaju „The Wall” czy ostatnio „Ca Ira”? Czyniąc aluzję do muzycznej wrażliwości, sprytnie się wywinął mówiąc: Keith Richards (gitarzysta the Rolling Stones – mój przyp.) nie może pewnego dnia wstać i stwierdzić: "Dzisiaj napiszę sonatę". Boję się pomyśleć jak jednak kiedyś napisze... Ilustracje: Sara Hernandez

muzyka teatr gershwin miles davis the knife