
01.0910 Teskt: Łukasz Lembas TRZECIA PŁYTA AUSTRALIJCZYKÓW TO KILKA ZWROTÓW AKCJI RODEM Z RASOWEGO FILMU SENSACYJNEGO.W KOŃCU TO PIERWSZE WYDAWNICTWO POD NOWYM SZYLDEM. KTOŚ SIĘ UPOMNIAŁ O PRAWA DO NAZWY. AUSTRALIJCZYCY NAZWĘ SKRÓCILI, CHOĆ I TAK ŁATWO JĄ SKOJARZYĆ. NIE ZRZEKLI SIĘ JEDNAK PRAW DO KOMPONOWANIA ŚWIETNYCH PIOSENEK, NIE PORZUCILI CHARAKTERYSTYCZNEGO STYLU, CHOĆ NASTROJEM ZWRÓCILI SIĘ KU CIEMNEJ STRONIE MOCY. NIEMNIEJ „CHURCH WITH NO MAGIC” TO HISTORIA Z HAPPY ENDEM.

Na pierwszy rzut ucha brakowało mi tutaj piosenek, które pociągnęłyby płytę, jak to drzewiej bywało. Przecież na poprzednich albumach aż roiło się od kompozycji, które z miejsca mnie zdobywały. Jednak już po trzech przesłuchaniach wiem, że to tylko melancholijna kopuła przez którą trzeba się przebić. Więcej tu chłodnych, mrocznych, ale i monumentalnych elektronicznych brzmień. Przykład? Idealnie się do tego nadaje kończący płytę „Only the Wind Can Hear You”. Jeśli miałbym wskazać potencjalne... hity to bez wątpienia na miarę takowych zasługują „Light Up Bright Fires” czy singlowy „Window”. Zwłaszcza pierwszy przykuwa uwagę charakterystycznym, dość mocnym brzmieniem klawiszy. Nie brak mu jednak wspomnianej przebojowości. Nowy kierunek rozwoju grupy to jednak ciągotki to złowieszczych brzmień. Tyle, że ja się nie boję. Ba, nawet jestem jak najbardziej na tak. Mimo zmian, skrętów i niewielkich stylistycznych piwotów „Church With No Magic” to wciąż modelowa muzyka XXI wieku. Świetnie wyprodukowana mieszanka rocka z przedrostkami „post” i „math” oraz solidny zastrzyk elektroniki nie zapominający o porządnych wokalizach. PVT na „Church With No Magic” to wciąż doskonała kapela. PVT to jak kościół, który jest warty składki. Ja do tego przybytku wciąż ochoczo uczęszczam.

Na pierwszy rzut ucha brakowało mi tutaj piosenek, które pociągnęłyby płytę, jak to drzewiej bywało. Przecież na poprzednich albumach aż roiło się od kompozycji, które z miejsca mnie zdobywały. Jednak już po trzech przesłuchaniach wiem, że to tylko melancholijna kopuła przez którą trzeba się przebić. Więcej tu chłodnych, mrocznych, ale i monumentalnych elektronicznych brzmień. Przykład? Idealnie się do tego nadaje kończący płytę „Only the Wind Can Hear You”. Jeśli miałbym wskazać potencjalne... hity to bez wątpienia na miarę takowych zasługują „Light Up Bright Fires” czy singlowy „Window”. Zwłaszcza pierwszy przykuwa uwagę charakterystycznym, dość mocnym brzmieniem klawiszy. Nie brak mu jednak wspomnianej przebojowości. Nowy kierunek rozwoju grupy to jednak ciągotki to złowieszczych brzmień. Tyle, że ja się nie boję. Ba, nawet jestem jak najbardziej na tak. Mimo zmian, skrętów i niewielkich stylistycznych piwotów „Church With No Magic” to wciąż modelowa muzyka XXI wieku. Świetnie wyprodukowana mieszanka rocka z przedrostkami „post” i „math” oraz solidny zastrzyk elektroniki nie zapominający o porządnych wokalizach. PVT na „Church With No Magic” to wciąż doskonała kapela. PVT to jak kościół, który jest warty składki. Ja do tego przybytku wciąż ochoczo uczęszczam.
| newsletter rss kontakt o nas | Copyright © fineLIFE |